HISTORYJKA Z DUPY KIJKA
Pewnego słonecznego dnia, Enny nie miała co robić. Siedziała, czytała jakieś badziewne książki.
Było gorąco.
- No nie wytrzymam na tej Ziemi! - wykrzyczała.
Po tych słowach wstała. Dopiero zorientowała się, że jest sama w domu.
- Bingo! - powiedziała. - Teraz mogę to zrobić!
Ale co ona chciała zrobić? Rozejrzała się i zaczęła zbierać różne rzeczy: młotek, taśmę bezbarwną, spinki do włosów, lakier do paznokci, klej Super Glue (czyt. Super Glut), głowicę ze starej wieży Hi-Fi, głośnik od telefonu, patyczki do uszu, ananasa, złotka po czekoladach, stare żetony z pokemonami - czyli wszystko to, co miała na biurku.
Udała się z tymi rzeczami na podwórko. Stukała... Pukała... I doszła do celu. budowała statek kosmiczny! Ah, jak się cieszyła. Mogła wreszcie opuścić Ziemię i zwiedzić kosmos. Nie miała tylko paliwa rakietowego.
- Karwasz! - krzykła.
Ale jej złość za chwilę minęła. Poszła do garażu i spuściła z piły łańcuchowej, spalinowej całą benzynę.
- To musi działać! - powiedziała. - Ojciec zawsze mi mówił, że na tej benzynie wszystko chodzi jak rakieta!
Zaśmiała się i poszła napełnić bak statku.
Udało się! Bak pełny. Enny wsiadła do statku. Ah! Jak było w nim gorąco! Otworzyła okno i chwyciła za ster. Statek nagle zawarczał, a potem wzniósł się w górę!
- Haaaha! - wykrzyknęła. - Działa!
I poleciała.
Leciała... leciała... aż przekroczyła ziemską atmosferę. Zmuszona była zamknąć okno. Widziała teraz planetę Ziemię z góry. Była hjuuudż. Znaczy się, ogromna. Enny zgłodniała. Złapała za ananasa, którego włożyła do statku, kiedy go budowała. Zjadła go i potem z satysfakcją dalej sterowała statkiem. Kiedy poleciała do Marsa, zauważyła coś dziwnego na jego powierzchni! Coś bardzo niepokojącego.
To była wojna na marsie. Wybuchy wybuchały z wybuchową siłą wybuchu. Aj jak Enny się bała. Zawróciła. Pomyślała: "Nie! Nie będę narażać swojej egzystencji na śmierć z rąk marsjańskich łobuzów!". Nagle zobaczyła, że wybuchy na planecie nie są spowodowane zachciankami marsjańskich łobuzów lecz to jakiś olbrzymi potwór zakradł się na Marsa by go podbić!
Jednak Enny nie ocaliła Marsa od zagłady. Poleciała do domu i usmażyła sobie kiełbasy.
Koniec.
A tak naprawdę to fotki przedstawiają wrzucony do kałuży kamień :D Który wprawił piasek w ruch.
:D
sobota, 7 lipca 2012
wtorek, 29 maja 2012
Bobek - część pierwsza.
Dzień jak co dzień.
A mimo to powstał ten oto krótki kawałek czegoś.
Zachęcam do przyswojenia sobie pierwszej części przygód Enny.
Bobek
Był wczesny wieczór. Enny dzielnie otworzyła zeszyt walcząc ze swoją naturą. To było silniejsze od niej. Od dawna wiedziała, że siła, która w niej drzemie kiedyś się ujawni. Nie chciała tego. Wiedziała, że nie będzie to nic przyjemnego. Jednak nie znała prawdy.
- Przestań! – powiedziała.
Jednak on nie dawał za wygraną. Męczył ją od środka. Kusił. Lecz była silna. Zaczęła czytać notatki.
- Zespolenie administracji stanowi zasadę prawa administracyjnego, formułowaną w ustawach i dotyczącą… - przerwała czytanie.
Coś w niej drgnęło. Czuła, że musi to z siebie wyrzucić. Jakże ciężko pogodzić się z czymś, co jest niezależne od woli. Jednak zmęczyło ją to na tyle, że przestała ze sobą walczyć. Wiedziała, że prędzej czy
później musi to zrobić.
- Chcę się uczyć! – krzyknęła. – Dlaczego zawsze mi w tym przeszkadzasz. Jesteś okrutny.
Rzuciła zeszytem o ścianę. Z jej oczu sączyła się mała łza. Była zła i zrozpaczona.
Nagle zerwała się z łóżka i pobiegła tam. Tam gdzie zawsze się to odbywało. Tam gdzie jej natura ujawniała się w najmniej oczekiwanym momencie. Szybko zdjęła ubranie. Widziała, że stając z naturą twarzą w twarz musi się z nią utożsamić.
- Zaczynaj! – krzyknęła i usiadła na białym tronie.
To co się później stało wzbudziło w niej niedosyt. Nie oczekiwała takiego rezultatu.
- Tylko na tyle cię stać? – zapytała.
Jednak nikt jej nie odpowiedział. On milczał. Unosił się na falach klozetowych emaili. Nic nie mówił. To był bobek. Mały brązowy bobek. Zazwyczaj było ich kilka i były znacznie większe niż ten, który ujawnił się dzisiaj.
- Co to ma być? – krzyknęła z oburzeniem.
Jej stan emocjonalny można było przewidzieć. Uczucie przed ujawnieniem się bobka, wskazywało na coś znacznie większego, potężniejszego. Jednak to był tylko mały bobek. Drzemała w nim ukryta siła, której nikt nie był jeszcze w stanie odkryć i wyjaśnić. Ona sama nie wiedziała czemu akurat ją to spotkało. Czemu akurat mały bobek tak ją wykończył, tak ją męczył.
Nagle… bobek zanurkował. Nie było go widać przez chwilę. Jakby szykował się do ataku. Woda w tronie spiętrzyła się. Niemal kipiała. Enny pochyliła się nad tronem by bliżej przyjrzeć się temu zjawisku. W tym momencie bobek, niczym kamień wyrzucony w powietrze z nieziemską siłą wyskoczył z wody i uderzył dziewczynę w czoło.
- Aaaałaaaa!! – krzyknęła.
Bobek odbił się od czoła dziewczyny i upadł do wody, robiąc wielkie „plum!”. Z wnętrza tronu słychać było jakby cichy chichot. Enny stała przez chwile unieruchomiona. Potem na z jej twarzy można było odczytać złość i upokorzenie. Tupnęła gniewnie nogą i wcisnęła spłuczkę.
- Giń! Przepadnij! – krzyczała.
Woda znów spiętrzyła się, lecz było to wynikiem spłukiwania. Zrobił się szum. Dziewczyna wpatrywała się w wodę. Po chwili szum ustał. Bobka już tam nie było. Rozpromieniła się. Odetchnęła i zaczęła myć dłonie. Spojrzała w wiszące nad umywalką lustro. Miała na czole mały dołek. To bobek uderzając w jej czoło, zostawił ślad. Ślad, który zostanie jej na całe życie. Mimo wszystko Enny odczuła ulgę. Uczucie to wzbudziło w niej taki entuzjazm, że podśpiewując wróciła w podskokach do pokoju. Podniosła roztrzaskany o ścianę zeszyt, otrzepała z kurzu i zaczęła edukację.
Tak oto zły początek przerodził się w szczęśliwe zakończenie.
Koniec. :D
poniedziałek, 21 maja 2012
Nu siema.
Każdy może puszczać bąki, to ja mogę pisać bloga. (uwaga, szykuje się kolejny niewypał)A więc tak. Nazywam się srAnia i mam *dzieścia lat. ;)
Dzisiejsze wypociny dedykuję odcinkowi numer 49 meksykańskiej telenoweli pt. "Morze miłości".
Tak. To nie pomyłka.
Zaczęłam go oglądać jakieś 5 dni temu a wydaje mi się, jakbym oglądała go od początku.
Przedstawiam wam głównych bohaterów.
Piękny niczym plaster wczorajszej szynki na czerstwym chlebku Victor Manuel,
Nawet ładna Estrella,
Zakochana w Viktorze Manuelu kobieta o imieniu Coral, która straciła pamięć, (gorąca!)
I jakaś tam zołza Oriana.
No. Ale to nie jest najważniejsze.
Ujęło mnie (za stopę) to, że w tym serialu, tak to nazwijmy, bohaterowie naprawdę głośno myślą! Czaisz? Stoi sobie taka Coral, nie porusza ustami, a mówi i to swoje myśli mówi!
" Ach, Viktor Manuel mnie znów pokocha! Muszę zdobyć jego miłość!"
Ale tak jest przecież w każdym filmie.
Niezwykle ciekawe jest także to, że jeden z bohaterów tegoż serialu jechał sobie jechał autem i hamulce mu się nagle zepsuły. Skręcił w las i uderzył w drzewo grubości brzozy smoleńskiej i niemalże stracił życie! Samochód na złom, cały rozwalony, człowiek nieprzytomny. Jednak odzyskał siły i czołgał się w stronę ulicy. Miał szczęście! Akurat tą trasą jechał jego znajomy i pomógł mu, szarpiąc go, by jak najszybciej wrzucić do swojego samochodu i zawieźć do lekarza. Bo w Meksyku nie ma karetek.
Ale co lepsze. Jego dziewczyna z biednej wioski, gdy tylko się dowiedziała o jego wypadku szybko wybiegła z domu na klifie, zeszła po drabinie ubitej z belek i niemalże skręciła sobie nogę biegnąć po plaży w butach na 10 cm obcasie.
Ależ po co ona biegnie? On jechał do miasta aby to znaleźć swą dawną miłość, Orianę! Ale ona o tym nie wie. Ale ja o tym wiem. Bo tenże chłopak przed wypadkiem w scenie balkonowej głośno myślał.
Wracając do wątku gorącej Coral. Niezwykła dziewczyna naprawdę. Budząc się rano ma już makijaż, kolczyki w uszach długości 15 cm, wymodelowaną fryzurę i (no jakże by inaczej) buty.
Przecież w serialach nie można pokazywać stóp. Aktorzy nie mają stóp.
Ale ogólnie rzecz biorąc, serialek fajny. Polecam ludziom mającym dystans do tego i jakieś 2 metry do telewizora.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



